Ale takich, zostawionych
Kategorie

Ale takich, zostawionych

Ale takich, zostawionych samotnie, nie lubię. Jeżeli u mnie kiedyś zabiją, Marysiu, zabierz mnie i dostaw do obozu. Dobrze? Dobrze. Ale zapamiętasz? Zapamiętam. — A to wszystko, co oni robią, jest głupie i bezsen­sowne. — Oczywiście. Poprawia plecak i odchodzi. Dowódca nadjeżdża i przez zaciśnięte zęby zaczyna wydawać rozkazy. Jest wściekły. Chyba miałby ochotę bić. Wjeżdżamy do wsi. W poleskich chatach jest brud­no, duszno, ale ciepło. I chleb. Potem każdy pada na słomę, podłogę, ławę, wyrko, gdziekolwiek. I śpi. Ale ja nie mogę zasnąć. Co zamknę oczy, to zaraz pojawia­ją się przede mną dwie twarze. Jedna trupa, sztywna, prawie brązowa i tragicznie smutna, oraz druga Lud-wisi, zdrowa, jasna, roześmiana. Przytknięte prawie do siebie, rozpoczynają zawrotny taniec. Wirują wokół mnie, omotując czymś, co dusi, dławi, przyprawia o ból. Chcę krzyczeć, aby przestali, ale zjawia się do­wódca i każe im stanąć na baczność. — Tych dwoje — mówi — nawet wojna nie na­uczyła powagi. I Ludwisia przestaje się śmiać. Jej twarz tężeje tak nagle i z taką gotowością, jakby na to tylko czekała. Obie twarze, i trupa, i Ludwisi, stają się do siebie po­dobne. Zapadam w ciemności z uczuciem ulgi, maja­cząc, iż to, że istnieje dowództwo, upraszcza wszyst­ko, i jakoś pozwala żyć. Rozkaz zbudził nas o świcie. Jeszcze wczoraj była odwilż, a dziś schwycił mróz i wyczarował wokół zie­mi srebrną aureolę szronu. Dziś rozkazy są wyraźne. Mamy uderzyć na Niemców. Choć zimno, wskakuję na wóz z amunicją i przytu­liwszy się do desek zasypiam. Budzi mnie ze snu szczękanie zębami i świadomość, że stoimy. Wokół pa­dają gorączkowe rozkazy, żołnierze formują szereg i odchodzą. Wraz z nimi Ludwisia i Stasia. Ja, Helena, Janina i Krystyna zostajemy przy wozach. Będziemy czekać, aż przywloką rannych, aby ich opatrzyć i uło­żyć na wozach. Trupy też. Pół godziny mija i ani szmeru. Wyczekiwanie na pierwszą rakietę, na pierwszy strzał — to jak czekanie na wyrwanie zęba. I wreszcie jest. Karabin maszyno­wy. Jedna krótka seria, jakby dla wybadania sytuacji, potem automat, cicho, perliście. Ta broń, która tak nam imponuje, która dziurawi przeciwnika jak sito, wydaje dźwięk miły i uspokajający, jakby ktoś roz­sypywał perły poprzez gęste gałęzie drzew. Potem groźny w dźwięku karabin zwykły i wreszcie wszyst­ko razem jakby ulewa, jak grad, jak burza, w czasie której huczy, grzmi, łamie się i trzeszczy. Krystyna przyklękła za drzewem i już jej stamtąd nie ruszą. Helena przygotowuje opatrunki. I gdyby na­wet kule już w tej chwili zaczęły nas dosięgać, ona będzie miała twarz taką jak zawsze. O Helenie nikt i nic nie wie. Po godzinie przychodzi rozkaz wymarszu. Więc wy­jeżdżamy z lasu. Na odkrytej przestrzeni podobne do kominów fabrycznych słupy dymu. Oszalałe tabuny krów i koni ryczą, kwiczą i pędzą pod nasze wozy, oślepłe, widać, ze strachu i od ognia. Przed nami trwa bój na życie i śmierć. Bój o panowanie w lesie, o ist­nienie. Bój między hitlerowcami i partyzantami. Ale oprócz nich w tej niewielkiej wsi, okupowanej przez pułk niemieckich żołnierzy, są także zwykli lu­dzie. Kobiety. Dzieci. Biorąc się za bary z wrogiem, rozpętujemy piekło i nad ich głowami. Cała wieś płonie. Po polach snują się grupy miesz­kańców. Niektórzy na niewielkich tobołkach zastygli w rezygnacji, patrząc na dogorywanie domów i do­bytku. Potem na nas. Muszą nas nienawidzić za tę noc, co ich zbudziła wystrzałem. Za ogień, za zamęt, w którym giną już nie tylko żołnierze. Jakaś kobieta, załamując dłonie, zaczyna monotonnie zawodzić: „Za co? Za co?\". Podcięte konie ruszają galopem. Musimy przeskoczyć wieś. A po obu stronach palą się domy i ogień dosięga nas także — liże po bokach wozy, ża­rem muska po odsłoniętych rękach

Poprzedni - Czuwa jej narzeczony,
Następny - I twarzach. — Prędzej,

Strony pokrewne